tapajou blog

Twój nowy blog

przywieziona ze stolicy zeszłego tygodnia wciąż jeszcze trzyma, mimo że coraz mniejsze jej stężenie. Ulatnia się niepostrzeżenie, wystarczy uchylić lekko umysłowy lufcik. Na jej miejsce wkrada się myśl o śniegu (wzdrygnięcie), o matematycznym widmie, o tym, że może nie koniecznie da się dać radę; ot, takie malutkie załamania listopadowe.
Na to jednak wspomnienie o koncercie pokrzykuje, tupie nogą, i wywołuje mój ulubiony slajd:
Onieśmielone tłumem, niepewne, czy powinnyśmy znaleźć się w tym miejscu, wchodzimy do garderoby. Zbliżamy się do Niej, nie widzi nas, skupiona na każdym człowieku, który podchodzi do Niej z gratulacjami. Nagle podnosi wzrok, i serdecznie mówi do stojącego przed nią faceta:
- Przepraszam cię na chwilę, ale to mój Białstok, mój Białystok przyjechał!
Para dobrze znanych, czarnych, wesołych oczu, przygląda nam się bystro.
- Gdzie śpicie? Jak z jedzeniem? Wszystko gra? No, cieszę się! Podobało wam się?
- Było świetnie, wpaniale!
- Jes! – Wykrzykuje uradowana gwiazda wieczoru, „najwybitniejsza polska altowiolistka”, czyli po prostu Pani Prof. – Tak się cieszę, że przyjechałyście!

Po wyjściu z garderoby Pb śmiała się z moich drżących rąk, a ja wtórowałam jej, oparta o stabilnie wyglądającą scianę, myśląc o tym, że wszystko się, do chory, udało.
Na koniec, nieoczekiwanie spotkałyśmy Prof jeszcze przy wyjściu, i naprawdę, trudno nie dać ponieść się optymizmowi, wpominając tamtą rozmowę. Czekam na styczeń, jak na zbawienie.

- Nie rycz mi tu!
– Ja sobie ryczę.
– Co?

Nie ma to jak poczucie bycia rozumianym.

***

- Możesz zapomnieć o byciu muzykiem.
- Dzięki.
- Proszę.

Czy to Ty powiedziałeś, który twierdzisz że tak bardzo mnie kochasz?
Nie jest tak, że słowo raz wypowiedziane przemija i popada w zapomnienie.
Są słowa, które odbijają się głośnym echem w pustej głowie. Pustej, bo nagle pozbawionej celu, który wypełniał ją przez ostatnich kilka miesięcy.
Co oczywiście nie jest żadnym problemem w porównaniu z ptsią grypą, terroryzmem i szerzeniem się AIDs.

W sumie, to mogłam o tym nie pisać.

Ludzie

6 komentarzy

Zdecydowana większość z nich, to tak beznadziejne, wiotkie, słabe, kruche istotki, że zdumiewa mnie moja dotychczasowa zdolność do wiary w nich. Mimo całego potencjału, który posiadają, mimo rozumu, wolnej woli, nie potrafią zmieniać najdrobniejszych rzeczy, nie chcą zrozumieć prostych drobiazgów, które tłumaczy się im milion razy, za każdym naiwnie sądząc, że może jednak obczają.
Nie nie nie.
Nigdy więcej zmieniania świata.
Idealiści kończą źle.

Za szybą, na której osiadła mgła było szaro, może jeszcze ciemno,a jednak na szosie panował już ożywiony ruch. W środku nie działo się nic nadzwyczajnego. Ktoś słuchał muzyki, ktoś może pisał SMSa, większość zapewne, poddając się łagodnemu kołysaniu autokaru, drzemała z głowami wciśniętymi między fotele, albo opartymi o szybę, próbując uchwycić namiastkę snu.
(Mówią, że niewiedza jest darem.)
I wtedy odeszli.

Chciałabym wierzyć, że nie zauważyli.
Nie wierzę jednak, że nie poczuli, jak palą się ich ciała, że nie słyszeli trzasku własnych kości.
Chciałabym wierzyć, że tak było lepiej dla nich.
Dla najzdolniejszej młodzieży w mieście, dla uczniów „liceum samobójców, albo maksymalnych kujonów”.
To byli ludzie z celem. Ze zdolnościami. Z planami na przyszłość.
Byli.
Bo już ich nie ma.

To tak jakby Bóg uczynił cud, po czym powiedział „sorry, to tylko żart”.

(Mówią, że nic nie dzieje się przypadkiem.)

Przypadkiem nazywamy to, czego nie rozumiemy.
Nie rozumiem, jak śmierć w tak głupich okolicznościach może mieć jakikolwiek sens.
Ale mimo to nie wierzę w przypadki.
Jest smutno. W oknie pali się świeca.

Nie potrafię

3 komentarzy

nie umiem już pisać. Straciłam to. Dzieje się tak dużo, a ja nie potrafię o tym mówić.
I nawet nie wiem, dlaczego?

4.

8 komentarzy

Widok czarnego futerału z altówką zwraca uwagę zawsze, ilekroć jadę autobusem. Tak było i dzisiaj.
- Coś ci nie wyszło?
Zaskoczona drgnęłam, co odgoniło myśl na moment. Jednak cały czas krążyła w pobliżu, jak natrętny owad. Spojrzałam na trochę starszego mężczyznę w szortach. Z brązowej twarzy przyjaźnie świeciły jasne oczy.
- Czegoś nie zagrałaś? Nie martw się, jeszcze ci się uda. Jeszcze całe życie masz na granie.
Przyjaźnie poklepał mnie po dłoni, nerwowo spacerującej po futerale, iwystukującej niesłyszalne dźwięki (ponoć tik to dotykający wszystkich muzykowiczów).
Po raz kolejny zdziwiło mnie, jak bardzo nie panuję nad myślami. Nieproszone przemykają po twarzy, tak widoczne, tak beznadziejnie widoczne, że nawet przypadkowy człowiek zauważa je od razu.
- Nie chodzi o granie – Powiedziałam, sama zdziwiona, że odpowiadam obcemu człowiekowi, bo ocych ludzi zagadujących mnie na ulicy dzielę na Świadków Jehowy, żebrzących narkomanów i zboczeńców. Ale ten człowiek był inny. Spontaniczny i życzliwy. Szczery. Ilekroć ktoś znienacka burzy moją ostrożną anonimowość, wychylam się za szklaną szybę i nieśmiało macham ręką. Nie każdy ma młotek, żeby zbić nim szybę. – Chodzi raczej o przyjaciół.
Tutaj myśl wróciła, wlepiłam więc wzrok w okno i pozwoliłam jej obijać się między umysłem, oczami i nosem. Człowiek rzucił ze zrozumieniem:
- Wszyscy mamy problemy, nie?
- Tak. Bez tego byłoby za prosto.
- No tak…
- Ale trzeba sobie jakoś radzić. – stwierdziłam dziarsko, po czym schowałam się z powrotem za szybę, nieco pokruszoną uśmiechem. Człowiek skierował się do wyjścia, i rzucił na pożegnanie, że życzy mi szczęścia.
Cokolwiek szczęście oznacza :)

3.

5 komentarzy

Najpierw były Mazury – jeszcze nie ustał mi w głowie szum egzaminacyjny, pożegnania, zakończenia, a już znalazłam się w domku u Marysi. I chociaż od jeziora codziennie wiał zimny wiatr, a ognisko rozpalone z mokrej trawy (i rozdmuchiwane z taką siła, jakby Maryś nie grała na flecie, tylko na puzonie) zadymiło całą wieś, chociaż przez tydzień tylko raz weszłam do wody, bo jako zwierz ciepłolubny o wiele lepiej czułam się na brzegu, to już tam, już na początku było wspaniale.
Potem była część polsko-norweska, czyli znowu Mazury, już z pogodą, już że smażeniem się na deskach pomostu w towarzystwie Niny Yndis, wymiana muzyką, improwizowane skecze wygłaszane do lustra, pływanie przy świetle księżyca (zarówno łódką, jak i wpław), żeńskie rozmowy (takie o życiu i śmierci, i o norweskich rodzajnikach). Potem na trzy dni zawitałyśmy do Białegostoku, nadrobiłyśmy zaległości kinowe (polecam „Chicago”), i znowu dałyśmy w długą, czyli uciekłyśmy do domku na wsi.
A później było Zakopane, do którego wybrałam się z Angelą. Żaden opis nie odda klimatu, tego szwendania się po deptaku w celach najróżniejszych, (a nie raz bez żadnego celu)tego burdelu panującego w pokoju nr 10, gitary poniewierającej się na podłodze, wieczorów spędzonych na malowaniu oczu chłopakom i wciskaniu ich w różowe dziewczęce sweterki, albo na frapujących pogawędkach (jak myślicie, czy powinnam z nim zerwać? – ja tam nie wiem, idę spać…), ani tego z jak wielką desperacją wspinałyśmy się na Rysy. I tęsknię za tym Zakopanem, którego nie sposób znaleźc gdzie indziej, za tym, które kojarzy mi się silnie z czekoladą, kawą, soft punkami, deszczem i rowerzystami.
A to przecież jeszcze nie był koniec, jeszcze, razem z Pebe taszcząc ze sobą czarne futerały powitałyśmy Elbląg. Po wyjściu z bezpiecznego internatu poszłyśmy ulicą – jedyną w swoim rodzaju, jedyną, na której przechodnie są bombardowani owocowymi pociskami oraz gradem nieprzeciętnych wyzwisk, a wszystko to za sprawą Małych Awanturników, przestępców, którzy powinni jeszcze chodzić do przedszkola. Szkoła muzyczna w Elblągu zaskoczyła mnie swoją wielkością. Polubiłam fortepiany otwarte dla wszystkich, nie tylko dla pianistów, jak to u nas bywa, i duże lustro z sali 68. W szkole spędziłyśmy większość słonecznych dni, ale jeśli żałowałam, to tylko w tych chwilach, kiedy wyglądałam przez okno. W murach, przy graniu, trzymała nas Pani Profesor, osoba, której poświęcę kiedyś osobną notkę, a której dzisiaj dziękuję za wszystko.
Było dobrze. I będzie dobrze. Z wiarą patrzę w jutro.

2.

3 komentarzy

Ostatnio wieczory polsko-norweskie kończą się zdecydowanie za późno. Razem z Niną snułyśmy się dziś po mieście sennie, niemrawo, nie chcąc podejmować jakiejkolwiek rozmowy, a więc w milczeniu osnutym dźwiękami ulicy i tupotem kilku tysięcy stóp. Poszukując fryzjera przyplątałyśmy się pod Akademię Teatralną, gdzie w pewnym salonie wprawiłam w uśmiech jedną panią, próbując wyjaśnić jej, że włosy Niny mają być wystopniowane, ale bez skracania, co (jeśli zastanowić się logicznie) poddaje w wątpliwość moją znajomośc języka ojczystego.
W przypływie rozsądku postanowiłyśmy pójść dzisiaj wcześnie spać,żeby uniknąć
śniadania nakładającego się na obiad (bo moja mama nie ma zwyczaju opuszczania posiłków;) i jeszcze długotrwałego otępienia i doprawdy, prawie nam się udało, tylko przedtem obejrzałśmy „Marzyciela”, po czym chwilę rozmawiałyśmy o śmierci, bo każda z nas wierzy trochę inaczej, no i jest jak jest, czyli mocno po dobranocce.

Pewnego dnia nawiedziała mnie myśl, że mój blogowy dom – mylog.pl, mimo swoich licznych zalet nie spisuje się, jak należy. Nie będę jednak gryźć ręki, która mnie karmiła. Uznajmy, że znalazłam się tu przypadkiem, albo że takie było przeznaczenie, szczerze mówiąc jedno niedaleko jest od drugiego. Krótko mówiąc: witam.


  • RSS