tapajou blog

Twój nowy blog

List

36 komentarzy

Najdroższa

Bardzo długo zastanawiałam, jak to z nami jest. Doszłam nawet do logicznych, prostych i przekonujących, chociaż nieco smutnych wniosków.
Nie ma Cię.
Pojawiasz się jedynie w filmie. W książce. Na ulicy też, ale wtedy to wydaje się być taką „iluminacją dla biedaków”, kolorową ściemą. Realia są inne. Mi się nie przytrafiasz, ode mnie uciekasz, może jestem trująca. Ile razy próbowałam Cię spotkać, Ty pokazywałaś mi swój krwistoczerwony język. Czasem chciało Ci się jeszcze tylko nakryć mnie szklanką, spod której długo nie potrafiłam się wydostać, spod której mogłam tylko patrzeć – patrzeć i modlić się, żeby starczyło mi powietrza.
Pewnego dnia rozbiłam szklankę w przebłysku olśnienia. I postanowiłam więcej Cię nie szukać, bo zrozumiałam:

Nie ma Cię.
Nie istniejesz.
A rozbijanie szklanek kosztuje mnie za dużo.
„Sory”.

Trzymaj się
Z poważaniem, Ja

Za plecami słyszę śmiech.
- Hahaha! Ja nie istnieję?
- Nie. Nie dla mnie.
- Oj…Chyba ci się zdaje? – Wyszczerzyła zęby, kpiąc wyraźnie. Postanowiłam być twarda.
- Chyba napisałam wyraźnie. Odsuń się. Zasłaniasz.
- Co ci zasłaniam? – Pytanie zbiło mnie z pantałyku. Zastanawiałam się chwilę. trudno było mi ująć dokładnie.
- Yyy…mm. Ekhem. Nieważne. Idź sobie.
- Ale co ci zasłaniam? – Podskoczyła kilka razy, radośnie jak piłka. Ja z kolei wściekłam się.
- Wszystko!
- Czyli jednak jestem?
- Okej. Jesteś. Jesteś! Ale tylko trochę, i w ogóle zaraz znikniesz. – Wzruszyła ramionami.
- To najwyżej.
- To przecież tak, jakby cię wcale nie było!
- Ale już ustaliłyśmy, że jestem – zachichotała i cicho zanuciła głosem Bjork.

„All is full of love
all around you
all is full of love
you have to trust it…”

Pomachała mi przyjaźnie i skręciła za róg.
I wtedy, kiedy już znikała mi z oczu, ostatecznie musiałam pogodzić się z tym, że jest.
I przyznać, że się cieszę ;)

***

(Teraz następuje małe wyjaśnienie, tak by ktokolwiek dostrzegł pointę, która oczywiście, jak zawsze jest bardzo skomplikowana i ukryta)
A to wszystko zaczęło się 30 maja 2005 roku, kiedy napisałam na gje gje (tak, proszpaństwa, to jest właśnie romantyzm XXI wieku :P), a Ty rzecz jasna nie odpisałeś, czego zresztą nie robisz do dziś.

” Maybe* not from the sources
You have poured yours
Maybe not from the directions
You are staring at
Twist your head around
It’s all around you”

*Maybe? Chyba for sure!

A jeśli popełnię błąd?
Jeśli okaże się że matmę wzięło jakieś wyjątkowo paskudne babsko, które chce koniecznie uczynić mnie spadochroniarzem? Jeśli się nie dostanę, jeśli dostanę się ale nie dam rady, jeśli trafię między świrów, jeśli się załamię i w sobie zamknę. Co wtedy?

- Prześpij się z tym

Sypiam z tym od miesiąca, od kiedy tylko w głowinie mej zrodził się nowy pomysł na życie. Właściwie zachowuję się trochę zbyt lekko jak na obowiązujące normy społeczne, bo zasypiam każdej nocy z innym, ale to absolutnie nie przeszkadza mi budzić się z jeszcze innym. Gdybym rzeczywiście była dziwką, byłby to chyba majsterszyk. A tak, stety, niestety, to tylko metafora.
Wczoraj szósty, dzisiaj pierwszy, a jutro?

- Moja koleżanka mówiła

A moja też. Koleżanka koleżanki, mamy koleżanki siostry syn, dziewczyna z kiosku, stryjeczny wujek kuzynki. I wiesz co. Każdy mówił co innego!!!

- Zrób tak, zrób tak, zrób tak, ja ci to mówię!

Jeśli tak mówisz, to prawie pewne że tego nie zrobię. Ot, wadliwość ludzkiej psychiki :)

Myśl o tym, że Jutro pokaże, który świstek spośród wyplutych, wycharczanych przez moją sędziwą drukarkę stanie się obowiązującym, ta myśl sprawia, że przeciągam Dziś w nieskonczoność. Mogłabym ciągle tak siedzieć, słuchając Radiohead w jego najbardziej posępnej odsłonie i gapić się na księżyc z jego obitą facjatą nadchodzącej pełni, i mrużyć się przed światłem lampy, które mimo wszystko daje po oczach bardziej niż on, żebym tylko nie musiała decydować. O matko, jak ja tego nie cierpię!

Entrance

Dworzec PKP. W oddali majaczą dwa punkciki wymachujące rękami. Ja i Koka szybkim krokiem idziemy w ich stronę. Jesteśmy coraz bliżej. Oddziela nas kilkanaście metrów i billboard z jakąś reklamą. Chłopaki nagle znikają za nim.
- Zobacz, oni się chowają! Małpy jakie! Chodź! – Uradowana Koka wciąga mnie od drugiej strony za ów przykład tytoniowej propagandy. Przechodnie patrzą na nas dziwnym wzrokiem. – Nie wyglądaj! – Staramy się stłumić śmiech. Po chwili zza przykładu itede wychodzą Bimbek i Bubi, nieco objuczeni. Bimbek podchodzi do najbliższego wagonu, puka weń i pyta grzecznie: – Gdzie jest Anka?
Chwilę później następuje wzorowa scena powitalna.

Chrzest bojowy

- Maciuś, może jeszcze zupki?
- Nie ciociu, naprawdę dziękuję.
- Nie smakuje ci – stwierdza moja mama domyślnie.
- Smakuje bardzo, ale ja już nie…
- To udowodnij – mówię, szczerząc się z satysfakcją.
Chwila później.
- Co będzie z kajakami?
- Wiosłuj zupę, to spływ niezależny od pogody. – mówi tata. Pogoda jak zwykle jest świetna, „tylko na północnym wschodzie opady i (tu wstaw odpowiednie to-co-byś-akurat-nie-chciał/a).
Tata: uwaga: kto znajdzie wolne miejsce w lodówce, ten jutro może zjeść mniejszy obiad.
Ogólna radość.
Mama: Ależ Jerzyczku…

Część Artystyczna Wieczoru

Wyciągamy tamburyno, trójkąt, grzechotkę, Bubi oczywiście bierze gitarę, Bimbek dzierży piszczałkę australijską. Piszczałka ta właściwie powinna mienić się piszczałą z racji wielkości. Wygląda to cudo jak bambusowa rura od odkurzacza, wydająca dźwięk podobny do tegoż, długości mniej więcej półtora metra. Bimbek będący ex-trębaczem potrafił jednak zadąć w piszczałę tak umiejętnie, że odzywały się nawet dwa dźwięki (a wpychając w wylot piszczałkę uzyskiwaliśmy nosowe tremolando).
Wyciągnęłam stare skrzypce mamy, gdyż altówki było mi szkoda, okazało się jednak, że smyczka nie uświadczysz, postanowiłam zatem ograniczyć się do instrumentow perkusyjnych.
Z takim ekwipunkiem wkroczyliśmy do parku Branickich o godzinie dziewiątej wieczorem. Udaliśmy się bramą główną w kierunku najwyższych żywopłotów. Przepchnęliśmy się bezceremonialnie przez ich zielony labirynt i ulokowaliśmy w środku, na małej górce otoczonej małym dołkiem (geologia i tektonika znamienna, bardzo ważna dla dalszej części opowieści.) Jak to ujął Bimbek:
- Musimy być w niedostępnym miejscu. Inaczej wszyscy pomyślą, że robimy to dla kasy, a nie dla sztuki.
Kawałek pierwszy – tekst:
Life is a piece of shit
Just look on it
Life is a really big piece of shit

Kawałek drugi:
Szatan szatan szatan szatan
oł je oł je

(uwagi. Bubi: Mamy nawet ładny księżyc. Chodźcie znajdziemy jeszcze jakiegoś kota, żeby dopełnić rytuału.)

Kawałek trzeci:
Życie jest piękne
Życie jest piękne
Życie jest piękne
Życie jest piękne
chociaż czasem
można dostać
tulipanem w łeb

Całość improwizowana. Wokalu udzieliła Koka. Publiczność niestety nie przyszła, za to przechodziła obok dość szybko. Jedynym widzem była Plumbum, którą wezwałam jako jedyną, wiedząc, że jako jedyna przyjdzie do parku o tej porze. Koncert trwał w najlepsze, gdy w pewnym momencie pojawiła się za to konkurencja, i to konkurencja groźna. W oddali rozległo się (jakże znajome) „Jaga panyyyy…Jaaaaga…”. Nasi przyjaciele z Lublina nie docenili przeciwnika. Ja zaniepokoiłam się nieco. Graliśmy jednak dalej, może z mniejszą werwą potrząsając gadżetami. Głosy Jaga Bandu przybliżyły się. Po chwili usłyszeliśmy:
- E. A co to tam o? E?
- E ty, kurwa…
Nie czekaliśmy dłużej. Zgarnęliśmy kto co miał i rzuciliśmy się na ziemię do dołka otaczającego górkę. Bubi zgarnął z ziemi jakiś kamień. Zamarliśmy w napiętym oczekiwaniu. Widzieli nas? W powietrzu zawisła groza, gęsta jak osad w czajniku. Oni przechodzili obok, a ja miałam wrażenie, że jestem żołnierzem siedzącym w okopie i czekającym na wybuch granatu. Już nikt mi nie pomoże, za chwilę po prostu wezmę udział w bijatyce, o Boże…Wybuch rzeczywiście nastąpił, choć może nie w takiej formie w jakiej się go spodziewaliśmy.
- „Jaboooola wypiiiiiijeeeeeee” – zaintonował przechodzący obok człowiek, który mógł być kimkolwiek, ale dla mnie na zawsze pozostanie niebezpiecznym, pijanym dresem. Śpiewy niosły się dalej, do samego Pałacu. Przemknęło mi przez głowę, że chyba spędzimy tu więcej czasu niż byśmy chcieli. Wtem półgłosem odezwał się Bimbek.
- Hej, chodźmy do nich. Uważam że powinniśmy podzielić się przesłaniem – życie jest piękne.
- A jak nie, to patrz refren – rzuciła ma siostra.
- Bądźcie cicho. Zaraz nas sklepią.
- To co, czołgamy się bezszelestnie?
- Okej. Kto bierze grzechotkę, bo ja nie? – Przytłumione rozmowy trwały kilka minut. W końcu zauważyliśmy brak prześladowcy.
- Chyba sobie poszli – mruknął Bubi, patrząc na swój kamień prawie z żalem. Groza prysła. Zaczęliśmy się śmiać.
- Chyba nie musimy mówić szeptem, co? Oni i tak by tu nie weszli przez labirynt.
- Faktycznie, to byłoby skomplikowane…

- Jak było na występach, dzieci?
- O, bardzo fajnie mamo…[ innymi słowy: mamo, gdybyś wiedziała...hyyy...]

A później działo się tyle różnych rzeczy, tyle tulipanów nie wiadomo skąd, ale za to we właściwym miejscu i czasie, przypadków, które układały się w logiczną całość, jakby były wyreżyserowanym spektaklem, że może nie będę opisywała, może zrobi to ktoś inny, a może to ma zostać nie zapisanym spektaklem kilku widzów.
W każdym razie, tulipany ogłaszam symbolem wiosny 2006! Bo nadeszła. Teraz tylko czekać lata. :)

Ja mówię szczerze, ja już tak nie mogę.

Już nie wytrzymam widoku śniegu sypiącego tak, jakby aniołowie święci mieli łupież.
Nie zniosę dłużej tej ohydnej, mokrej brei, zapadania się po kostki w kałużę, która jedynie wydawała się być grubo oblodzoną przestrzenią, i wleczenia się wraz z bagażem (doświadczeń codziennych i nie tylko) przez park pogrążony w tych klimatach, i nie zdzierżę pocieszania przez tatę w jego autorski sposób:

- Nie martw się. To tylko na północnym wschodzie.

Jeszcze tylko dzień, dwa, i coś się we mnie złamie, już nie będę miała wiary w nadejście wiosny, bo nie znoszę spóźnialstwa i łamania obietnic, i w swoim obrażalstwie nie lubię dawać drugich szans, a jej się gdzieś utknęło, no to łaski bez. Nie wiem tylko, skąd wtedy zaczerpnę energię, tę najprostszą: do przetrwania w zatłoczonych autobusach, do zwleczenia się rano z łóżka stroną prawą (aczkolwiek po prawej mam ścianę, ale nie muszę tłumaczyć?), do codziennego, cochwilowego, comatmowego brania się w garść z takim rozmachem, że aż czubki palców bieleją. I do „I may be no perfect girl, but at least I care”, bo starać też już się nie chce. Nie wiem, o.
Tym pesymistycznym akcentem kończę.

T:
- Zjedz winogronko.
L:
- Nie, dziękuję.
T:
- No zjedz. Wiesz co powie moja mama jak nie zjesz?
L:*z narastającym przerażeniem*
- Ja nie chcę.
T:*stwierdzając fakt*
- Musisz… :>
L:*rozpaczliwie*
- Ale ja jadłem w szkole!
T:*sceptycznie*
- Snickersa.
L:*triumfalnie*
- Nie!
- Marsa?
- Nie.
- Kittkatta?
- Nie.
- No Name?!
- Nie!
T*z rezygnacją*
- No to co?!
L:*z satysfakcją*
- Dwa pączki i Fantę.
T:*przewraca oczami i zaczyna wykład o osteoporozie, fredach** i niebezpieczeństwa upodobnienia się do zombie*
I jeszcze długo w tym stylu.

Natalio,
bardzo mnie ucieszyła Twoja bezinteresowna akcja z wypisywaniem na karteczkach adresu mojego bloga i wręczaniu go wszystkim znajomym. Wielkie dzięki za reklamę, to było naprawdę miłe! Pozdrawiam ciepło :)

** Fred – takie zwierzątko. Zakręcone. Dużo centymetrów. Bardzo zakręcone. Rozumiecie.

PROLOG

- Ulepmy bałwana. – Zaproponował Złotowłosy w parku.
- No to ulepmy – Zgodziłam się.
- Chociaż nie…ty napewno nie umiesz.
- Ja nie umiem?!
- Pewnie że nie, pf.
***
Dokonale wiedząc, że właśnie daję się haniebnie sprowokować przysiadłam na śniegu i z namaszczeniem zaczęłam lepić kulkę, poczyniwszy postanowienie, że stworzę bałwana doskonałego. Złotowłosy przyglądał mi się zdziwiony. Po chwili najwyraźniej postanowił nie wnikać w projekt i zajął się zgarnianiem śniegu na wielką górę. Osiągnąwszy coś na kształt wało-kuli, zadowolony z siebie stwierdził, że kompletnie nie znam się na lepieniu bałwanów.
- Bo to nie będzie bałwan, bałwanie – Odpowiedziałam z satysfakcją. – To bałwanka. Ona.
- Wygląda jak fallus trochę – Stwierdziło moje słonko z rozbrajającą szczerością przyszłego doktora genetyki. Ja jednak wiedziałam co robię. W mej glowie pojawiła się wizja. Zgniatając, przyklepując, przygładzając kolejne garście wody w proszku formowałam dół bałwanki – krynolinową suknię, i fallusoidalną, hm, talię. Chmurowłosy grzebał niemrawo w swoim pokracznym tworze, najwyraźniej się nudząc, i próbował niweczyć moje zamysły twórcze, obrzucając mnie śniegiem.
- Grrsvcvxflaaeh tfu, małpo, nie po glowie – Zakrzyknęłam, odwdzięczywszy się mimochodem, i rozpoczęłam rzeźbienie głowy.
- Chodź tu, pomożesz mi – zawołałam po chwili, uformowawszy twarz. Wyrwij mi tę gałązkę, bo ja nie dam rady. I gałązka została wyrwana.
- Co to będzie? – chciał wiedzieć asystent.
- Włosy. Chociaż nie wiem, może powinnam je skierować do dołu.
- Nie, tak zostaw. Wygląda jak punkówa.
- To dobrze – ucieszyłam się, wyobrażając sobie punk w zestawieniu ze śnieżną krynoliną. – Teraz muszę jeszcze zrobić oczka.
- Dołki najpierw.
- Tak, oczodołki.
- Daj, zrobię.
- Tylko mi nie zrób mi dziury na wylot.
Dziurka jednak zrobiona została profesjonalnie, w środku wylądowały jakieś liście, głowa bałwanki spojrzała na świat uśmiechając się spod kartoflowatego nosa (element autobiograficznokształtny czyżby?). Zanieśliśmy ją do reszty wytworu, Chmurowłosy poleciał dorobić irokez swojemu dziełu, a ja robiłam wykończenie swojego.
(Pięć minut później)
On: Co to jest?
Ja: Które?
On: To na górze, lubieżnico.
Ja:(z satystakcją) Mówiłam, że będzie dziewczynka?

EPILOG

Przynieśliśmy kijki w celu dorobienia rąk.
- Daj mi to, i odwróć się, i nie patrz. Mam pomysł.
- Że będą się trzymać za ręce?
Chwila milczenia.
- Jesteś wredny!
- Czemu?!
- Mogłeś nie zgadywać…
- Sorry. Po prostu miałem ten sam pomysł.

Znowu telepatia?

A Przy bałwankach zostawiliśmy karteczkę:

„ZACHÓD
jak w mordę strzelił”. I w sumie racja. Bo to był fajny zachód.

Anioł

28 komentarzy

A to już miesiąc równo mija, odkąd pisałam, i wypada wspomnieć o tym, że w przesądy nie wierzyłam nigdy, chyba tylko w te szczęśliwe. Widząc wygięty grzbiet czarnego kota troszczę się tylko o to, czy nie przejedzie go następny samochód, zawsze dziekuję za „powodzenia” przed egzaminem, w fatum wierząc mniej niż w kulturę, za to kiedy patrzę na zegar i widzę kolejno 17:17, 19:19, 20:20, to od razu wiem, że myśli o mnie chmurowłosy anioł. Nie da się ukryć, że myślenia te różne przeplatają się z moim myśleniem często i gęsto, i tworzą splot myśleń o różnych kolorach. I tęczowy mamy styczeń, kiedy splatają się dwie ręce w rękawiczkach. Ciepło.

Ostatnio

15 komentarzy

ludziom darza się pytać mnie (!) „jak to robisz, że dajesz radę z tym wszystkim?” „Skąd tyle optymizmu?”. Twarz zastygła w hardo uśmiechniętej masce. I jeśli tylko nikt nie wbija mi w nią zatrutej igły, to nie zdejmuję jej aż do wieczora.
Bo wieczorami maska i tak się kruszy, niczym sylikonowy pośladek Jennifer pod wpływem mrozu, taki efekt uboczny, altówkę ciska się w futerał bez dobranoc, bez jak się cieszę że Cię mam, i buntując się przeciwko całemu światu, który nieruchomieje zatrzaśnięty w dwóch dźwiękach, idzie się spać. I staram się nie mówić, że nie dam rady, że nie ma sensu, bo daję radę, bo jest sens, i tylko jakoś tak dzisiaj obraz wykrzywia wątpliwość.

Zjawisko

12 komentarzy

Rzut oka wystarczył.
Blond włosy chowane właśnie pod czapką lotniczką, orli nos. Wysoki chłopak wyskoczył z autobusu i skręcił w lewo.
A ja?
Ja powinnam przejść przez ulicę, jak zwykle ostrożnie, w niedozwolonym miejscu, i kierować się w stronę skrótowego depataku, w stronę domu. Tymczasem, jak praworządny obywatel, poszłam także w lewo, na przejście, z niejasnym przekonaniem, że on pójdzie również.
Dotarł tam szybciej niż ja, oddzieliły nas dwa samochody,i poszedł przed siebie.
„Po cholerę wracam okrężną drogą?” moje bardziej cynieczne ja zadało pytanie, na które nie odpowiedziałam, urzeczona wpartując się w energiczną postać, która w tym samym momencie wskoczyła na hydrant, odbiła się od niego i ruszyła dalej. Postanowiłam wziąć się w garść, i skręciłam na swoją ulice, oglądając się jednak kilkakrotnie.

***
Paranoja? Symptom sfiksowanej starej panny?
Nie wiem. To był impuls, to było wrażenie.

Dalej sprawę powierzam przypadkowi.

musiało skończyć się zbiorowym upadkiem na parkiet. Cóż to za radość, być w stanie się podnieść!
To była fajna impreza,co mówię ja, sztywniara, co na dyskoteki nie chadza, tańczyć nie umie, nie lubi, nie chce, i gardzi muzyką techno.
Może czas zmienić zdanie o milimetr :)


  • RSS