I tak wszystko jest o miłości. Mniej lub bardziej.

W rynsztoku siedział Mateusz. Miał na twarzy pryszcze, a w chlebaku kartkę z adresem. Dokąd pójdzie Mateusz, jak już wstanie z rynsztoka? Pewnie do wojska. Albo przynajmniej do sklepu monopolowego, który zamykają za pół godziny, mało, mało czasu mu zostało. Obok przechodzą staruszki krokiem nie dziarskim, tylko rozdygotanym jak zdarty winyl. Jedna rzuca w Mateusza ogryzkiem od gruszki, a druga od jabłka. Mateusz podnosi głowę, ale staruszek nie ma. Rynsztokiem płynie mleko. Skąd to mleko – myśli Mateusz i wyciąga z kieszeni gumę orbit. Polecę sobie na orbitę – mówi do siebie i nie leci. Guma przykleja mu się do zębów, a do ziemi przylepia go coś innego, chociaż kleju już dawno nie ma. Mateusz wstaje z ziemi i strzepuje ze spodni te wszystkie klejące rzeczy, ale jednak nie chce iść do wojska. Poszedłby do jakiejś dziwki, żeby mu te spodnie wyprała z gumy i z rynsztoka, ale wiadomo, że nawet dziwki nie lubią facetów z rynsztoka. Ani spod mostu. Może Oksana wpuści go na swoje poddasze na jednej ze złych dzielnic po drugiej stronie rzeki. Nie warto próbować, ale Mateusz nie ma więcej pomysłów. Więc próbuje. Po drodze znów mijają go staruszki, tym razem jedna je banana, a druga mandarynkę. Zjadłbym mandarynkę – myśli Mteusz – i kupuje pół litra. Poddasze Oksany jak Jasna Góra świeci z daleka. Pustkami. Oksana jest w pracy, więc Mateusz siada na schodach i zapala papierosa. I czeka. I czeka. Zastanawia się, czy Oksana wróci do domu, czy pójdzie pić z dziewczynami do jakiegoś baru schowanego w piwnicy kamienic. Chyba jednak wróci, po pracy trzeba odpocząć. Nie wiadomo, czy naprawdę wygoni Mateusza ze swoich schodów. Zawsze istnieje cień szansy, że kiedy obieca ugotować jej herbatę, Mateusz nie umie gotować niczego innego, będzie na tyle zmęczona, że pozwoli mu zostać. Tymczasem czeka tak długo, że wódka przy jego piersi nagrzewa się i jest niedobra. Czeka już szesnastego papierosa, a Oksany nie widać. Wtem otwierają się wysokie drzwi kamienicy i wchodzi Audrey Hepburn. Siada obok Mateusza, jak dobrze, że ma ze sobą gitarę. Zaczynają śpiewać „ San Diego Serenade”, chociaż wcale nie są w San Diego. Audrey łypie zalotnie lewym okiem, które jest już czerwone. Mateusz lubi śpiewać. Nie lubił tylko pisania dyktand, za co wyrzucili go (przez drzwi) i jego skrzypce (przez okno) z konserwatorium. Audrey ma dobre poczucie rytmu, minuty mijają szybciej niż wcześniej. Z sąsiednich drzwi wychyla się kobieca ręka, która ciska w nich butelką po mleku. Szkło rozpryskuje się na schodach w małe trójkąty i kwadraty, metaliczne echo biegnie schodami w dół. Jak pięknie. Audrey nachyla się tak, że Mateusz czuje na karku jej długi kolczyk i mówi – Jestem Oksana. Otwiera drzwi do mieszkania, które jest jak wielkie akwarium. Jak to możliwe, że w wodzie da się oddychać, myśli Mateusz, a jego myśli zamieniają się w małe złote rybki i płyną w kierunku lodówki. Trzeba w niej schować resztki wódki. Woda w mieszkaniu jest ciepła. Mateusz szuka czajnika, żeby ją zagotować. Audrey zdejmuje kolczyki i wyrzuca do kosza na śmieci. Jest w nim już dużo srebra. To łuski po oskrobanych grubych rybach. Ponieważ Mateusz jest chudy, nic mu nie grozi. Ponieważ jest kastratem, nic mu nie grozi. Ich miłość jest czysta i ciepła jak reklama jogurtu.