Dzisiejszy dzień nasunął mi kilka myśli z cyklu „jeżeli za bardzo chce ci się żyć, to weź pod uwagę, że”. Rozwijać tematu nie ma sensu, dość powiedzieć że miewam stany, kiedy jedyne czynności do jakich jestem zdolna to gapienie się w sufit, pisanie w pamiętniku bądź chlipanie w poduszkę (mogą być wykonywane w różnej kolejności, a niektóre nawet jednocześnie). Dzisiaj poczułam że jestem już bardzo blisko tego poziomu. Stwierdziłam, że poddanie się byłoby dość niekonstruktywne (spędziłam już tak kiedyś parę dni, teraz zmarnować jeszcze sobotę?).
Oto, co uczyniłam.
Skierowałam swe kroki do kuchni, wyciągnęłam mąkę, mleko, jajka, miskę, patelnię, bełtacz do tychże, i powzięłam mocne postanowienie, że nadam materii nową formę. W tym momencie pojawił się Tato, bohater złożony.
- Co robisz, Jude?
- Naleśniki.
- Och. No dobrze, spróbuj. – Tu należy powiedzieć, że jako dziecko dobrze gotujących rodziców nie mam zbyt wiele okazji do wykazania się w tej dziedzinie. Co więcej, jako najmłodszy członek rodziny mam niekiedy spore trudności z przekonaniem ich, że wyszłam już z wieku ząbkowania.
- Już robiłam kiedyś, w Warszawie. – Tu spojrzałam z namysłem do miski, w której zbełtane składniki tworzyły już nową formę materii, jednak nie tę, o którą mi chodziło. – Nie wiem tylko, jak stoją proporcje.
- Wymyślasz autorskie naleśniki? – Domyślił się Tato.
- Nie, przecież mam przepis od Ani.
- Mój Boże, Ania umie zrobić naleśniki?
- No tak, ona już nieźle gotuje.
- I żyje?
- Ee…
- Przecież ona musi to później jeść. – Tato pokręcił głową z dezaprobatą. – Nieostrożność. Jakby nie mogła najpierw przetestować na sąsiedzie.
- Tato…ona robi nawet naleśnik-party, i wszyscy chętnie przychodzą.
- Pewnie jeszcze lepsze talenty kulinarne od was…
- No, dzięki. – Mruknęłam, zbliżając się do kuchenki z zapałką.
- Tak czy inaczej, to i tak będą oryginalne naleśniki. Jedyne na świecie. – Stwierdził Tato z przekonaniem.
- Dlaczego?
- A kto jeszcze robi naleśniki lewą ręką?
- Myślisz, że kierunek mieszania ma jakieś znaczenie w końcowym efekcie?
- Oczywiście.
- W takim razie nie jesteś realistą, jak zawsze twierdziłeś – zemściłam się w końcu. – To jest myślenie magiczne. Podchodzisz do gotowania jak do alchemii. – Wobec mojej oczywistej wygranej, Tato rzucił tylko:
- Co ja się mam z wami wszystkimi…
- Czy ty we mnie nie wierzysz tylko dlatego, że kiedyś upiekłam ci ciasto z mąki ziemniaczanej?
- O. Teraz trzeba będzie zapalić gaz. Przewiduję komplikacje. – Odrzekł tylko Tato, ale ponieważ jego prognozy okazały się nietrafne, na chwilę oddalił się z miejsca akcji. Wtedy pojawił się problem: nigdzie nie mogłam znaleźć łopatki do przewracania. Oczywiście nie było jej w miejscu, które wskazała Mama. Nadszedł Tato, świadom swojej przewagi.
- Ty chcesz, żeby mi nie wyszło – postawiłam zarzut. Wobec takich insynuacji Tato odnalazł łopatkę, a właściwie jej połowę w otchłani piwnicznej. Wtedy zostaliśmy sojusznikami, i tylko dzięki temu się udało. Nie można by było bowiem mówić o sukcesie, gdyby Tato nie wyjawił mi, że naleśniki smaży się tylko z jednej strony. Mańkuci tak już mają, że wszystko robią odwrotnie.

***

Oczywiście depresja minęła bezpowrotnie.
Dzięki czemu postanowiłam sprzedać czytelnikowi na to wyśmienity patent.

Jeśli nie wiesz co masz robić, rób naleśniki.