Jest w księżycu pyzatym jak rogal, rozświetlającym pełzające po niebie chmury.
Powietrze wieczorem pachnie arbuzami, dopóki nie przypomnę sobie że przecież arbuzów już nie ma, że to muszą być liście, deszcz i rosa, deszcz i rosa imitujące arbuzy, to ciekawe, ale nie jest mi smutno. Idę do ogrodu i znajduję gruszkę, przedzieram się przez jej powierzchowną szorstkość, wtapiam się w miękkość, a słodycz jesieni lśni na ustach, spływa palcami. W trawie u stóp śliwy może znaleźć, kto uważnie szuka niebo, w którym matowe gwiazdy świecą na fioletowo.
Na ulicach szaliki czule oplatają się wokół szyi. Czerwień wszechobecna. Czerwony płasz, apaszka, usta. Nie ma bardziej zmysłowej mody, niż jesienna.

Szósty pulsuje muzyką, oddycha szybko i głęboko, szósty to kłębiący się tłum, to wieczne migawki lub desperacka gonitwa za zgubioną salą, która może być za następnym rogiem, w ukrytym korytarzu, nikt nie wie, lub z drugiej strony, a z trzeciej też. Labirynt drewnianych korytarzy przemierzam krokiem możliwie szybkim i możliwie blisko ściany, próbując być w końcu tam gdzie powinnam, próbując być w końcu tym, czym powinnam. Każdy zakątek jest pełen ludzi i czuję się jak kot, nikt mnie nim nie czyni, ale czuję się nim, trochę zwinięta w kłębek i trochę łypiąca spod oka, bardziej badawczo niż wrogo, i nigdzie nie ma tej przestrzeni tak potrzebnej kotom, żadnego pustego dachu, i w końcu gubię się, zwijam na pierwszym wolnym metrze i wyłączam na chwilę, dopóki nie dotrze do mnie że przecież trzeba. Trzeba wyjść do ludzi. ESD. Uśmiech. Nie rób z siebie pieprzonego outsidera. I tak nim jesteś, trudno, ale nie muszą wiedzieć. Więc kiedy chwytam czyiś wzrok, uśmiecham się mniej lub bardziej szczerze. I zazdroszczę ludziom o miłych twarzach, do nich uśmiecham sie szczerzej. Miłe twarze są cenniejsze niż piękne.
Nie jest źle. Nie jest dobrze. Trwa oswajanie dzikich kotów.
A za muzykiem tęsknię. Tęsknię za tą wolnością, której nie spotkam nigdzie indziej, kochany stary muzyk, w którym nie dzieje się nic, w którym zdarza się wszystko. Zażywam go w zmniejszonych dawkach, przesiadując tam wieczorami trochę częściej, niż nakazywałyby obowiązki i na razie tylko tam czuję się u siebie. Jeszcze próbuję przekonać się, że nie żałuję. Ale ukryć nie mogę, że mi żal.