Deszcz dziś pięściami bił o szybę, bił tak od rana, ale że robił to na swój wyjątkowy sposób, echo tych jego uderzeń jedynie zwielokrotniało mój sen. A jednak. A jednak wstałam.
Po szaleńczej wyprawie do Akso, gdzie zatopiwszy się w fotelach przy moim ulubionym stoliku chłonęliśmy z L. herbaciane opary, dobrnęłam do domu rozklekotaną trójką, po drodze wysłuchując wymiany zdań między panem kierowcą (jak ta stara dupa zaparkowała, no) i panią pasażerką (panie kierowco, niech pan nie obraża kobiet, kobiety rodzą mężczyzn)(niech pani nie dyskutuje jak pani pojęcia nie ma) (pani kochana, niech pani z nim nie gada bo nie warto) (i regulamin zabrania, ośmieliłam się wtrącić, w wyniku czego dyskusja zamarła. Wspominam o tym tylko dlatego, że owa scena poruszyła mnie – nie wierzyłam dotychczas w solidarność jajników).
Deszcz to dla mnie fenomen. Lubię go bardzo, jeśli tylko nie jest za kołnierzem mojej kurtki, jeśli tylko posiadam parasol (którego zwykle nie posiadam). Wprost ubóstwiam go, kiedy rozbija się o szybę, za którą chowam się i owijam kocem, za którą nic absolutnie nie chce mi się, i jeśli mam wtedy coś poważnego do zrobienia, to w ogóle nie daj Boże, akcja taka skazana jest na porażkę.
Tyle o pogodzie.
Z innych ogłoszeń drobnych: uciekam jutro pociągiem do magicznego miasta Gdańsk, które dotąd znam tylko z kolorowych opowieści Maziaka i jednej mizernej wycieczki. Jawi mi się piękne niczym. Och ach. Gdańsk, plus altówka, plus Boss z Maziakiem, plus zabarwiona już jesiennie, nostalgicznie, złota tęsknota. Czy ten myks jest dobry? Ufam. Trzymta się.