Przerwa w życiu właściwym robi mi dobrze. Nabieram sił przed kolejnym etapem, i jeszcze nie myślę o niczym niedobrym, jeszcze hedonizuję. W końcu o nic się nie martwię, niczego nie muszę, wszystkiego, czego powinnam, jestem pewna, jest mi dobrze jest, dobrze jest.

Biała Tower.
W końcu zapada, wyczekiwana pośród godzin słonecznej duszności i nieruchomego powietrza ciemność. Okno otwieramy szeroko. Wkrótce o abażur lampy, przy której pochylam się nad książką obijają czułki nocne motyle.
[to tytułem lirycznego wprowadzenia]
Mała:
Ueeeeh, co za ohydne ćmy. Wywalmy je za okno!
Boss (zamierza się na jeden okaz siedzący na jej przyłóżkowej ścianie)
Tapajou:(sennie)
Zostawcie je.
Mała i Boss: Że co?
Tapajou:(stanowczo)
Zaprawdę powiadam wam, nie ruszajcie motylków.
B: Motylków?
M:To są ohydne włochate ćmy!
T:
Zabraniam wam tak o nich mówić! Jestem księciem ciemności, a to są moje śliczne motylki.

***

Z powodu nienormalnych pustynnych temperatur do zachodu słońca siedzieliśmy w domu. Ponieważ coś robić trzeba, graliśmy w karty. Jako przeciwniczka hazadru nie przyłączyłam się do pokera na wykałaczki (niewiarygodne, ale otrzymanie/ utracenie kolejnej wykałaczki dostarcza wielkich emocji). Za to w makao graliśmy wszyscy, bez ograniczeń, na dwie talie,dorzucając coraz to nowe zasady.

(po wyjściu Daniela – chronicznie ogrywającego nas wszystkie).
Tapajou:
Ej, niech on raz przegra.
Ola:
Wyjmę króle.
T:
Daj mi tego do przodu. A najlepiej dwa.
O:
Sobie wezmę trójki.
K:
Myślicie że to wypali?
T:(z radością; podłożywszy szóstkę, siódemkę, dziewiątkę i dziesiątkę, każda w innym kolorze)
Kto wygra takimi kartami? Dajcie na wierzch do pobierania jakieś niebite, to mu wrzucę króle na początek.
K:
Tylko się nie śmiejcie, zepsujecie efetkt.

/Kilkanaście minut później Daniel, mimo kilku załamań i podupadnięć na duchu w trakcie gry wygrywa, po czym z rezygnacją gratulujemy mu i ogłaszamy go Bezapelacyjnym Mistrzem Gry. O sromotna klęsko…/

I codzienne zdarzenia w tym stylu.;)