Entrance

Dworzec PKP. W oddali majaczą dwa punkciki wymachujące rękami. Ja i Koka szybkim krokiem idziemy w ich stronę. Jesteśmy coraz bliżej. Oddziela nas kilkanaście metrów i billboard z jakąś reklamą. Chłopaki nagle znikają za nim.
- Zobacz, oni się chowają! Małpy jakie! Chodź! – Uradowana Koka wciąga mnie od drugiej strony za ów przykład tytoniowej propagandy. Przechodnie patrzą na nas dziwnym wzrokiem. – Nie wyglądaj! – Staramy się stłumić śmiech. Po chwili zza przykładu itede wychodzą Bimbek i Bubi, nieco objuczeni. Bimbek podchodzi do najbliższego wagonu, puka weń i pyta grzecznie: – Gdzie jest Anka?
Chwilę później następuje wzorowa scena powitalna.

Chrzest bojowy

- Maciuś, może jeszcze zupki?
- Nie ciociu, naprawdę dziękuję.
- Nie smakuje ci – stwierdza moja mama domyślnie.
- Smakuje bardzo, ale ja już nie…
- To udowodnij – mówię, szczerząc się z satysfakcją.
Chwila później.
- Co będzie z kajakami?
- Wiosłuj zupę, to spływ niezależny od pogody. – mówi tata. Pogoda jak zwykle jest świetna, „tylko na północnym wschodzie opady i (tu wstaw odpowiednie to-co-byś-akurat-nie-chciał/a).
Tata: uwaga: kto znajdzie wolne miejsce w lodówce, ten jutro może zjeść mniejszy obiad.
Ogólna radość.
Mama: Ależ Jerzyczku…

Część Artystyczna Wieczoru

Wyciągamy tamburyno, trójkąt, grzechotkę, Bubi oczywiście bierze gitarę, Bimbek dzierży piszczałkę australijską. Piszczałka ta właściwie powinna mienić się piszczałą z racji wielkości. Wygląda to cudo jak bambusowa rura od odkurzacza, wydająca dźwięk podobny do tegoż, długości mniej więcej półtora metra. Bimbek będący ex-trębaczem potrafił jednak zadąć w piszczałę tak umiejętnie, że odzywały się nawet dwa dźwięki (a wpychając w wylot piszczałkę uzyskiwaliśmy nosowe tremolando).
Wyciągnęłam stare skrzypce mamy, gdyż altówki było mi szkoda, okazało się jednak, że smyczka nie uświadczysz, postanowiłam zatem ograniczyć się do instrumentow perkusyjnych.
Z takim ekwipunkiem wkroczyliśmy do parku Branickich o godzinie dziewiątej wieczorem. Udaliśmy się bramą główną w kierunku najwyższych żywopłotów. Przepchnęliśmy się bezceremonialnie przez ich zielony labirynt i ulokowaliśmy w środku, na małej górce otoczonej małym dołkiem (geologia i tektonika znamienna, bardzo ważna dla dalszej części opowieści.) Jak to ujął Bimbek:
- Musimy być w niedostępnym miejscu. Inaczej wszyscy pomyślą, że robimy to dla kasy, a nie dla sztuki.
Kawałek pierwszy – tekst:
Life is a piece of shit
Just look on it
Life is a really big piece of shit

Kawałek drugi:
Szatan szatan szatan szatan
oł je oł je

(uwagi. Bubi: Mamy nawet ładny księżyc. Chodźcie znajdziemy jeszcze jakiegoś kota, żeby dopełnić rytuału.)

Kawałek trzeci:
Życie jest piękne
Życie jest piękne
Życie jest piękne
Życie jest piękne
chociaż czasem
można dostać
tulipanem w łeb

Całość improwizowana. Wokalu udzieliła Koka. Publiczność niestety nie przyszła, za to przechodziła obok dość szybko. Jedynym widzem była Plumbum, którą wezwałam jako jedyną, wiedząc, że jako jedyna przyjdzie do parku o tej porze. Koncert trwał w najlepsze, gdy w pewnym momencie pojawiła się za to konkurencja, i to konkurencja groźna. W oddali rozległo się (jakże znajome) „Jaga panyyyy…Jaaaaga…”. Nasi przyjaciele z Lublina nie docenili przeciwnika. Ja zaniepokoiłam się nieco. Graliśmy jednak dalej, może z mniejszą werwą potrząsając gadżetami. Głosy Jaga Bandu przybliżyły się. Po chwili usłyszeliśmy:
- E. A co to tam o? E?
- E ty, kurwa…
Nie czekaliśmy dłużej. Zgarnęliśmy kto co miał i rzuciliśmy się na ziemię do dołka otaczającego górkę. Bubi zgarnął z ziemi jakiś kamień. Zamarliśmy w napiętym oczekiwaniu. Widzieli nas? W powietrzu zawisła groza, gęsta jak osad w czajniku. Oni przechodzili obok, a ja miałam wrażenie, że jestem żołnierzem siedzącym w okopie i czekającym na wybuch granatu. Już nikt mi nie pomoże, za chwilę po prostu wezmę udział w bijatyce, o Boże…Wybuch rzeczywiście nastąpił, choć może nie w takiej formie w jakiej się go spodziewaliśmy.
- „Jaboooola wypiiiiiijeeeeeee” – zaintonował przechodzący obok człowiek, który mógł być kimkolwiek, ale dla mnie na zawsze pozostanie niebezpiecznym, pijanym dresem. Śpiewy niosły się dalej, do samego Pałacu. Przemknęło mi przez głowę, że chyba spędzimy tu więcej czasu niż byśmy chcieli. Wtem półgłosem odezwał się Bimbek.
- Hej, chodźmy do nich. Uważam że powinniśmy podzielić się przesłaniem – życie jest piękne.
- A jak nie, to patrz refren – rzuciła ma siostra.
- Bądźcie cicho. Zaraz nas sklepią.
- To co, czołgamy się bezszelestnie?
- Okej. Kto bierze grzechotkę, bo ja nie? – Przytłumione rozmowy trwały kilka minut. W końcu zauważyliśmy brak prześladowcy.
- Chyba sobie poszli – mruknął Bubi, patrząc na swój kamień prawie z żalem. Groza prysła. Zaczęliśmy się śmiać.
- Chyba nie musimy mówić szeptem, co? Oni i tak by tu nie weszli przez labirynt.
- Faktycznie, to byłoby skomplikowane…

- Jak było na występach, dzieci?
- O, bardzo fajnie mamo…[ innymi słowy: mamo, gdybyś wiedziała...hyyy...]

A później działo się tyle różnych rzeczy, tyle tulipanów nie wiadomo skąd, ale za to we właściwym miejscu i czasie, przypadków, które układały się w logiczną całość, jakby były wyreżyserowanym spektaklem, że może nie będę opisywała, może zrobi to ktoś inny, a może to ma zostać nie zapisanym spektaklem kilku widzów.
W każdym razie, tulipany ogłaszam symbolem wiosny 2006! Bo nadeszła. Teraz tylko czekać lata. :)