Ja mówię szczerze, ja już tak nie mogę.

Już nie wytrzymam widoku śniegu sypiącego tak, jakby aniołowie święci mieli łupież.
Nie zniosę dłużej tej ohydnej, mokrej brei, zapadania się po kostki w kałużę, która jedynie wydawała się być grubo oblodzoną przestrzenią, i wleczenia się wraz z bagażem (doświadczeń codziennych i nie tylko) przez park pogrążony w tych klimatach, i nie zdzierżę pocieszania przez tatę w jego autorski sposób:

- Nie martw się. To tylko na północnym wschodzie.

Jeszcze tylko dzień, dwa, i coś się we mnie złamie, już nie będę miała wiary w nadejście wiosny, bo nie znoszę spóźnialstwa i łamania obietnic, i w swoim obrażalstwie nie lubię dawać drugich szans, a jej się gdzieś utknęło, no to łaski bez. Nie wiem tylko, skąd wtedy zaczerpnę energię, tę najprostszą: do przetrwania w zatłoczonych autobusach, do zwleczenia się rano z łóżka stroną prawą (aczkolwiek po prawej mam ścianę, ale nie muszę tłumaczyć?), do codziennego, cochwilowego, comatmowego brania się w garść z takim rozmachem, że aż czubki palców bieleją. I do „I may be no perfect girl, but at least I care”, bo starać też już się nie chce. Nie wiem, o.
Tym pesymistycznym akcentem kończę.