PROLOG

- Ulepmy bałwana. – Zaproponował Złotowłosy w parku.
- No to ulepmy – Zgodziłam się.
- Chociaż nie…ty napewno nie umiesz.
- Ja nie umiem?!
- Pewnie że nie, pf.
***
Dokonale wiedząc, że właśnie daję się haniebnie sprowokować przysiadłam na śniegu i z namaszczeniem zaczęłam lepić kulkę, poczyniwszy postanowienie, że stworzę bałwana doskonałego. Złotowłosy przyglądał mi się zdziwiony. Po chwili najwyraźniej postanowił nie wnikać w projekt i zajął się zgarnianiem śniegu na wielką górę. Osiągnąwszy coś na kształt wało-kuli, zadowolony z siebie stwierdził, że kompletnie nie znam się na lepieniu bałwanów.
- Bo to nie będzie bałwan, bałwanie – Odpowiedziałam z satysfakcją. – To bałwanka. Ona.
- Wygląda jak fallus trochę – Stwierdziło moje słonko z rozbrajającą szczerością przyszłego doktora genetyki. Ja jednak wiedziałam co robię. W mej glowie pojawiła się wizja. Zgniatając, przyklepując, przygładzając kolejne garście wody w proszku formowałam dół bałwanki – krynolinową suknię, i fallusoidalną, hm, talię. Chmurowłosy grzebał niemrawo w swoim pokracznym tworze, najwyraźniej się nudząc, i próbował niweczyć moje zamysły twórcze, obrzucając mnie śniegiem.
- Grrsvcvxflaaeh tfu, małpo, nie po glowie – Zakrzyknęłam, odwdzięczywszy się mimochodem, i rozpoczęłam rzeźbienie głowy.
- Chodź tu, pomożesz mi – zawołałam po chwili, uformowawszy twarz. Wyrwij mi tę gałązkę, bo ja nie dam rady. I gałązka została wyrwana.
- Co to będzie? – chciał wiedzieć asystent.
- Włosy. Chociaż nie wiem, może powinnam je skierować do dołu.
- Nie, tak zostaw. Wygląda jak punkówa.
- To dobrze – ucieszyłam się, wyobrażając sobie punk w zestawieniu ze śnieżną krynoliną. – Teraz muszę jeszcze zrobić oczka.
- Dołki najpierw.
- Tak, oczodołki.
- Daj, zrobię.
- Tylko mi nie zrób mi dziury na wylot.
Dziurka jednak zrobiona została profesjonalnie, w środku wylądowały jakieś liście, głowa bałwanki spojrzała na świat uśmiechając się spod kartoflowatego nosa (element autobiograficznokształtny czyżby?). Zanieśliśmy ją do reszty wytworu, Chmurowłosy poleciał dorobić irokez swojemu dziełu, a ja robiłam wykończenie swojego.
(Pięć minut później)
On: Co to jest?
Ja: Które?
On: To na górze, lubieżnico.
Ja:(z satystakcją) Mówiłam, że będzie dziewczynka?

EPILOG

Przynieśliśmy kijki w celu dorobienia rąk.
- Daj mi to, i odwróć się, i nie patrz. Mam pomysł.
- Że będą się trzymać za ręce?
Chwila milczenia.
- Jesteś wredny!
- Czemu?!
- Mogłeś nie zgadywać…
- Sorry. Po prostu miałem ten sam pomysł.

Znowu telepatia?

A Przy bałwankach zostawiliśmy karteczkę:

„ZACHÓD
jak w mordę strzelił”. I w sumie racja. Bo to był fajny zachód.