ludziom darza się pytać mnie (!) „jak to robisz, że dajesz radę z tym wszystkim?” „Skąd tyle optymizmu?”. Twarz zastygła w hardo uśmiechniętej masce. I jeśli tylko nikt nie wbija mi w nią zatrutej igły, to nie zdejmuję jej aż do wieczora.
Bo wieczorami maska i tak się kruszy, niczym sylikonowy pośladek Jennifer pod wpływem mrozu, taki efekt uboczny, altówkę ciska się w futerał bez dobranoc, bez jak się cieszę że Cię mam, i buntując się przeciwko całemu światu, który nieruchomieje zatrzaśnięty w dwóch dźwiękach, idzie się spać. I staram się nie mówić, że nie dam rady, że nie ma sensu, bo daję radę, bo jest sens, i tylko jakoś tak dzisiaj obraz wykrzywia wątpliwość.