tapajou blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2005

Za szybą, na której osiadła mgła było szaro, może jeszcze ciemno,a jednak na szosie panował już ożywiony ruch. W środku nie działo się nic nadzwyczajnego. Ktoś słuchał muzyki, ktoś może pisał SMSa, większość zapewne, poddając się łagodnemu kołysaniu autokaru, drzemała z głowami wciśniętymi między fotele, albo opartymi o szybę, próbując uchwycić namiastkę snu.
(Mówią, że niewiedza jest darem.)
I wtedy odeszli.

Chciałabym wierzyć, że nie zauważyli.
Nie wierzę jednak, że nie poczuli, jak palą się ich ciała, że nie słyszeli trzasku własnych kości.
Chciałabym wierzyć, że tak było lepiej dla nich.
Dla najzdolniejszej młodzieży w mieście, dla uczniów „liceum samobójców, albo maksymalnych kujonów”.
To byli ludzie z celem. Ze zdolnościami. Z planami na przyszłość.
Byli.
Bo już ich nie ma.

To tak jakby Bóg uczynił cud, po czym powiedział „sorry, to tylko żart”.

(Mówią, że nic nie dzieje się przypadkiem.)

Przypadkiem nazywamy to, czego nie rozumiemy.
Nie rozumiem, jak śmierć w tak głupich okolicznościach może mieć jakikolwiek sens.
Ale mimo to nie wierzę w przypadki.
Jest smutno. W oknie pali się świeca.

Nie potrafię

3 komentarzy

nie umiem już pisać. Straciłam to. Dzieje się tak dużo, a ja nie potrafię o tym mówić.
I nawet nie wiem, dlaczego?

4.

8 komentarzy

Widok czarnego futerału z altówką zwraca uwagę zawsze, ilekroć jadę autobusem. Tak było i dzisiaj.
- Coś ci nie wyszło?
Zaskoczona drgnęłam, co odgoniło myśl na moment. Jednak cały czas krążyła w pobliżu, jak natrętny owad. Spojrzałam na trochę starszego mężczyznę w szortach. Z brązowej twarzy przyjaźnie świeciły jasne oczy.
- Czegoś nie zagrałaś? Nie martw się, jeszcze ci się uda. Jeszcze całe życie masz na granie.
Przyjaźnie poklepał mnie po dłoni, nerwowo spacerującej po futerale, iwystukującej niesłyszalne dźwięki (ponoć tik to dotykający wszystkich muzykowiczów).
Po raz kolejny zdziwiło mnie, jak bardzo nie panuję nad myślami. Nieproszone przemykają po twarzy, tak widoczne, tak beznadziejnie widoczne, że nawet przypadkowy człowiek zauważa je od razu.
- Nie chodzi o granie – Powiedziałam, sama zdziwiona, że odpowiadam obcemu człowiekowi, bo ocych ludzi zagadujących mnie na ulicy dzielę na Świadków Jehowy, żebrzących narkomanów i zboczeńców. Ale ten człowiek był inny. Spontaniczny i życzliwy. Szczery. Ilekroć ktoś znienacka burzy moją ostrożną anonimowość, wychylam się za szklaną szybę i nieśmiało macham ręką. Nie każdy ma młotek, żeby zbić nim szybę. – Chodzi raczej o przyjaciół.
Tutaj myśl wróciła, wlepiłam więc wzrok w okno i pozwoliłam jej obijać się między umysłem, oczami i nosem. Człowiek rzucił ze zrozumieniem:
- Wszyscy mamy problemy, nie?
- Tak. Bez tego byłoby za prosto.
- No tak…
- Ale trzeba sobie jakoś radzić. – stwierdziłam dziarsko, po czym schowałam się z powrotem za szybę, nieco pokruszoną uśmiechem. Człowiek skierował się do wyjścia, i rzucił na pożegnanie, że życzy mi szczęścia.
Cokolwiek szczęście oznacza :)

3.

5 komentarzy

Najpierw były Mazury – jeszcze nie ustał mi w głowie szum egzaminacyjny, pożegnania, zakończenia, a już znalazłam się w domku u Marysi. I chociaż od jeziora codziennie wiał zimny wiatr, a ognisko rozpalone z mokrej trawy (i rozdmuchiwane z taką siła, jakby Maryś nie grała na flecie, tylko na puzonie) zadymiło całą wieś, chociaż przez tydzień tylko raz weszłam do wody, bo jako zwierz ciepłolubny o wiele lepiej czułam się na brzegu, to już tam, już na początku było wspaniale.
Potem była część polsko-norweska, czyli znowu Mazury, już z pogodą, już że smażeniem się na deskach pomostu w towarzystwie Niny Yndis, wymiana muzyką, improwizowane skecze wygłaszane do lustra, pływanie przy świetle księżyca (zarówno łódką, jak i wpław), żeńskie rozmowy (takie o życiu i śmierci, i o norweskich rodzajnikach). Potem na trzy dni zawitałyśmy do Białegostoku, nadrobiłyśmy zaległości kinowe (polecam „Chicago”), i znowu dałyśmy w długą, czyli uciekłyśmy do domku na wsi.
A później było Zakopane, do którego wybrałam się z Angelą. Żaden opis nie odda klimatu, tego szwendania się po deptaku w celach najróżniejszych, (a nie raz bez żadnego celu)tego burdelu panującego w pokoju nr 10, gitary poniewierającej się na podłodze, wieczorów spędzonych na malowaniu oczu chłopakom i wciskaniu ich w różowe dziewczęce sweterki, albo na frapujących pogawędkach (jak myślicie, czy powinnam z nim zerwać? – ja tam nie wiem, idę spać…), ani tego z jak wielką desperacją wspinałyśmy się na Rysy. I tęsknię za tym Zakopanem, którego nie sposób znaleźc gdzie indziej, za tym, które kojarzy mi się silnie z czekoladą, kawą, soft punkami, deszczem i rowerzystami.
A to przecież jeszcze nie był koniec, jeszcze, razem z Pebe taszcząc ze sobą czarne futerały powitałyśmy Elbląg. Po wyjściu z bezpiecznego internatu poszłyśmy ulicą – jedyną w swoim rodzaju, jedyną, na której przechodnie są bombardowani owocowymi pociskami oraz gradem nieprzeciętnych wyzwisk, a wszystko to za sprawą Małych Awanturników, przestępców, którzy powinni jeszcze chodzić do przedszkola. Szkoła muzyczna w Elblągu zaskoczyła mnie swoją wielkością. Polubiłam fortepiany otwarte dla wszystkich, nie tylko dla pianistów, jak to u nas bywa, i duże lustro z sali 68. W szkole spędziłyśmy większość słonecznych dni, ale jeśli żałowałam, to tylko w tych chwilach, kiedy wyglądałam przez okno. W murach, przy graniu, trzymała nas Pani Profesor, osoba, której poświęcę kiedyś osobną notkę, a której dzisiaj dziękuję za wszystko.
Było dobrze. I będzie dobrze. Z wiarą patrzę w jutro.


  • RSS