tapajou blog

Twój nowy blog

Już za piekarnią, na granicy Starej Jaroszówki wyznaczonej wstęgą Rycerskiej i zagajnika, przez który na wskroś biegnie ścieżka ku dawnym Pietraszom (po co było zmieniać im nazwy, skoro dalej są Pietraszami, póki żyję) wyciągnęłam z kieszeni zapałki i krzesałam ogień. Trzecią udało mi się zapalić papierosa. Wprawa odebrała już wielu niezwykłość tej ceremonii, którą ja na razie odprawiam w niezdarnym skupieniu i z namaszczeniem. Spojrzałam na betonowy blok leżący przy drodze i oprószony białymi widmami śmieci. Nie wiem, dlaczego nasunął mi skojarzenie z Kamiennym Stołem, nie wiem, dlaczego. Nie wyglądał w ogóle tak, jakby kiedykolwiek mógł spocząć na nim ktoś tak wspaniały jak Aslan. A ja, no tak, owszem. Przycupnęłam na Kamiennym Stole, tyłem do księżyca zatkniętego na sosnę i wciągałam dym w policzki, może tylko ze dwa razy odetchnęłam nim głębiej. Bo przecież mam kaszel i nie wolno mi, rozsądnie rzecz biorąc, zapychać płuc tym dymem, który mimo swoich cyjanowodorów w zapadającym zmierzchu przybiera mleczną barwę, co zupełnie odbiera mu resztki grozy. W ustach papierosowa poświata miesza się ze smakiem mięty, dając wrażenie pylnej mgiełki, startego na proch, wirującego cukierka. Czasami lubię te infantylne momenty dorastania, zwłaszcza po tym kiedy podałam serdeczny palec okazyjnej, kontrolowanej dekadencji i nie czuję, że burzę się tym, że burzę siebie. Nie lubię się burzyć na to co robię, musować słusznym gniewem, który roztapia cały urok łamania zakazu w taką rozmemłaną breję wyrzutów, ona przykleja się do wszystkiego, niechluja. Ale taki papieros, co to jest taki papieros, palec dziecka na sekundę przytknięty do żelazka. Za chwilę światełko na czubku sięgnie filtra, który nagrzeje się, nie wiem czy od żaru, czy od ciepła palców, zgaszę go, poczekam aż dotlą się resztki na porzuconej wśród chwastów cegle i pójdę w stronę, gdzie zaczynają się domy. Na granicy światów oczywiście obejrzę się, przejęta tym, że za moimi plecami zaraz zapłoną zarośla i drzewa, to stały rytuał i ani myślę go wykorzenić, tylko na filmach ludzie nie oglądają się gdy odchodzą, więc obejrzę się, w oddali zamajaczy czerwone światełko fabryki jakby naprawdę płonęło runo, ale nie płonie przecież, no więc trudno, to trudno, powrócę.

I tak wszystko jest o miłości. Mniej lub bardziej.

W rynsztoku siedział Mateusz. Miał na twarzy pryszcze, a w chlebaku kartkę z adresem. Dokąd pójdzie Mateusz, jak już wstanie z rynsztoka? Pewnie do wojska. Albo przynajmniej do sklepu monopolowego, który zamykają za pół godziny, mało, mało czasu mu zostało. Obok przechodzą staruszki krokiem nie dziarskim, tylko rozdygotanym jak zdarty winyl. Jedna rzuca w Mateusza ogryzkiem od gruszki, a druga od jabłka. Mateusz podnosi głowę, ale staruszek nie ma. Rynsztokiem płynie mleko. Skąd to mleko – myśli Mateusz i wyciąga z kieszeni gumę orbit. Polecę sobie na orbitę – mówi do siebie i nie leci. Guma przykleja mu się do zębów, a do ziemi przylepia go coś innego, chociaż kleju już dawno nie ma. Mateusz wstaje z ziemi i strzepuje ze spodni te wszystkie klejące rzeczy, ale jednak nie chce iść do wojska. Poszedłby do jakiejś dziwki, żeby mu te spodnie wyprała z gumy i z rynsztoka, ale wiadomo, że nawet dziwki nie lubią facetów z rynsztoka. Ani spod mostu. Może Oksana wpuści go na swoje poddasze na jednej ze złych dzielnic po drugiej stronie rzeki. Nie warto próbować, ale Mateusz nie ma więcej pomysłów. Więc próbuje. Po drodze znów mijają go staruszki, tym razem jedna je banana, a druga mandarynkę. Zjadłbym mandarynkę – myśli Mteusz – i kupuje pół litra. Poddasze Oksany jak Jasna Góra świeci z daleka. Pustkami. Oksana jest w pracy, więc Mateusz siada na schodach i zapala papierosa. I czeka. I czeka. Zastanawia się, czy Oksana wróci do domu, czy pójdzie pić z dziewczynami do jakiegoś baru schowanego w piwnicy kamienic. Chyba jednak wróci, po pracy trzeba odpocząć. Nie wiadomo, czy naprawdę wygoni Mateusza ze swoich schodów. Zawsze istnieje cień szansy, że kiedy obieca ugotować jej herbatę, Mateusz nie umie gotować niczego innego, będzie na tyle zmęczona, że pozwoli mu zostać. Tymczasem czeka tak długo, że wódka przy jego piersi nagrzewa się i jest niedobra. Czeka już szesnastego papierosa, a Oksany nie widać. Wtem otwierają się wysokie drzwi kamienicy i wchodzi Audrey Hepburn. Siada obok Mateusza, jak dobrze, że ma ze sobą gitarę. Zaczynają śpiewać „ San Diego Serenade”, chociaż wcale nie są w San Diego. Audrey łypie zalotnie lewym okiem, które jest już czerwone. Mateusz lubi śpiewać. Nie lubił tylko pisania dyktand, za co wyrzucili go (przez drzwi) i jego skrzypce (przez okno) z konserwatorium. Audrey ma dobre poczucie rytmu, minuty mijają szybciej niż wcześniej. Z sąsiednich drzwi wychyla się kobieca ręka, która ciska w nich butelką po mleku. Szkło rozpryskuje się na schodach w małe trójkąty i kwadraty, metaliczne echo biegnie schodami w dół. Jak pięknie. Audrey nachyla się tak, że Mateusz czuje na karku jej długi kolczyk i mówi – Jestem Oksana. Otwiera drzwi do mieszkania, które jest jak wielkie akwarium. Jak to możliwe, że w wodzie da się oddychać, myśli Mateusz, a jego myśli zamieniają się w małe złote rybki i płyną w kierunku lodówki. Trzeba w niej schować resztki wódki. Woda w mieszkaniu jest ciepła. Mateusz szuka czajnika, żeby ją zagotować. Audrey zdejmuje kolczyki i wyrzuca do kosza na śmieci. Jest w nim już dużo srebra. To łuski po oskrobanych grubych rybach. Ponieważ Mateusz jest chudy, nic mu nie grozi. Ponieważ jest kastratem, nic mu nie grozi. Ich miłość jest czysta i ciepła jak reklama jogurtu.

Dzisiejszy dzień nasunął mi kilka myśli z cyklu „jeżeli za bardzo chce ci się żyć, to weź pod uwagę, że”. Rozwijać tematu nie ma sensu, dość powiedzieć że miewam stany, kiedy jedyne czynności do jakich jestem zdolna to gapienie się w sufit, pisanie w pamiętniku bądź chlipanie w poduszkę (mogą być wykonywane w różnej kolejności, a niektóre nawet jednocześnie). Dzisiaj poczułam że jestem już bardzo blisko tego poziomu. Stwierdziłam, że poddanie się byłoby dość niekonstruktywne (spędziłam już tak kiedyś parę dni, teraz zmarnować jeszcze sobotę?).
Oto, co uczyniłam.
Skierowałam swe kroki do kuchni, wyciągnęłam mąkę, mleko, jajka, miskę, patelnię, bełtacz do tychże, i powzięłam mocne postanowienie, że nadam materii nową formę. W tym momencie pojawił się Tato, bohater złożony.
- Co robisz, Jude?
- Naleśniki.
- Och. No dobrze, spróbuj. – Tu należy powiedzieć, że jako dziecko dobrze gotujących rodziców nie mam zbyt wiele okazji do wykazania się w tej dziedzinie. Co więcej, jako najmłodszy członek rodziny mam niekiedy spore trudności z przekonaniem ich, że wyszłam już z wieku ząbkowania.
- Już robiłam kiedyś, w Warszawie. – Tu spojrzałam z namysłem do miski, w której zbełtane składniki tworzyły już nową formę materii, jednak nie tę, o którą mi chodziło. – Nie wiem tylko, jak stoją proporcje.
- Wymyślasz autorskie naleśniki? – Domyślił się Tato.
- Nie, przecież mam przepis od Ani.
- Mój Boże, Ania umie zrobić naleśniki?
- No tak, ona już nieźle gotuje.
- I żyje?
- Ee…
- Przecież ona musi to później jeść. – Tato pokręcił głową z dezaprobatą. – Nieostrożność. Jakby nie mogła najpierw przetestować na sąsiedzie.
- Tato…ona robi nawet naleśnik-party, i wszyscy chętnie przychodzą.
- Pewnie jeszcze lepsze talenty kulinarne od was…
- No, dzięki. – Mruknęłam, zbliżając się do kuchenki z zapałką.
- Tak czy inaczej, to i tak będą oryginalne naleśniki. Jedyne na świecie. – Stwierdził Tato z przekonaniem.
- Dlaczego?
- A kto jeszcze robi naleśniki lewą ręką?
- Myślisz, że kierunek mieszania ma jakieś znaczenie w końcowym efekcie?
- Oczywiście.
- W takim razie nie jesteś realistą, jak zawsze twierdziłeś – zemściłam się w końcu. – To jest myślenie magiczne. Podchodzisz do gotowania jak do alchemii. – Wobec mojej oczywistej wygranej, Tato rzucił tylko:
- Co ja się mam z wami wszystkimi…
- Czy ty we mnie nie wierzysz tylko dlatego, że kiedyś upiekłam ci ciasto z mąki ziemniaczanej?
- O. Teraz trzeba będzie zapalić gaz. Przewiduję komplikacje. – Odrzekł tylko Tato, ale ponieważ jego prognozy okazały się nietrafne, na chwilę oddalił się z miejsca akcji. Wtedy pojawił się problem: nigdzie nie mogłam znaleźć łopatki do przewracania. Oczywiście nie było jej w miejscu, które wskazała Mama. Nadszedł Tato, świadom swojej przewagi.
- Ty chcesz, żeby mi nie wyszło – postawiłam zarzut. Wobec takich insynuacji Tato odnalazł łopatkę, a właściwie jej połowę w otchłani piwnicznej. Wtedy zostaliśmy sojusznikami, i tylko dzięki temu się udało. Nie można by było bowiem mówić o sukcesie, gdyby Tato nie wyjawił mi, że naleśniki smaży się tylko z jednej strony. Mańkuci tak już mają, że wszystko robią odwrotnie.

***

Oczywiście depresja minęła bezpowrotnie.
Dzięki czemu postanowiłam sprzedać czytelnikowi na to wyśmienity patent.

Jeśli nie wiesz co masz robić, rób naleśniki.

Rozmowa dwóch panów, którzy wysiedli na moim przystanku, tocząca się za moimi plecami.

- Kurwa, jak się wkurwiłem. – Zagaił pierwszy z nich.
- Piiiieerdolone szwaby – Rzecze na to drugi.
- A kto pod Grunwaldem [kurwa] wygrał? No kto?!
- A kto u nich kradnie [kurwa]? Kto ich [kurwa] okrada, no, nie Żydzi, POLACY!* To MY powinniśmy wygrać!!!
Potem skręcili, co odnotowałam z żalem. Ale i tak nie wiem, o co się w sumie rozchodzi. Przecież mundial już się skończył?

*No nie da się ukryć. Ale dopiero dziś okazało się, że to powód do dumy ^^

Jeśli widziałeś kiedyś czarny futerał wędrujący w powietrzu, to mogłam być ja.
Ale wcale nie musiałam być. Niewidzialnych ludzi są miliony.

Ja nic nie poradzę. Zauważasz tylko czerwień, krzyk, i futerały wędrujące w powietrzu.

O milczeniu

11 komentarzy

Od jakiegoś czasu filtruję słowa. Szanuję moje gardło, oszczędzam wasze uszy. Istnieją wszak rzeczy, którymi nudzi się tylko pamiętniki. Jesień była z takich właśnie. Nie mówmy więc o jesieni.
Ale od jakiegoś czasu mam w środku zimę, i cała chłonę to milczenie, już tylko wzruszam ramionami, uśmiecham się, głównie do obcych lub nieznajomych ludzi i od czasu do czasu kręcę głową z dezaprobatą, chociaż w gruncie rzeczy wszystko mi jedno. I dobrze mi z tym. Niech mówią inni, niech mówi Cortazar, Gałczyński, niech mówią, którzy mają coś do opowiedzenia. The rest is the silence, jak mądrze ktoś powiedział.

Jest w księżycu pyzatym jak rogal, rozświetlającym pełzające po niebie chmury.
Powietrze wieczorem pachnie arbuzami, dopóki nie przypomnę sobie że przecież arbuzów już nie ma, że to muszą być liście, deszcz i rosa, deszcz i rosa imitujące arbuzy, to ciekawe, ale nie jest mi smutno. Idę do ogrodu i znajduję gruszkę, przedzieram się przez jej powierzchowną szorstkość, wtapiam się w miękkość, a słodycz jesieni lśni na ustach, spływa palcami. W trawie u stóp śliwy może znaleźć, kto uważnie szuka niebo, w którym matowe gwiazdy świecą na fioletowo.
Na ulicach szaliki czule oplatają się wokół szyi. Czerwień wszechobecna. Czerwony płasz, apaszka, usta. Nie ma bardziej zmysłowej mody, niż jesienna.

Szósty pulsuje muzyką, oddycha szybko i głęboko, szósty to kłębiący się tłum, to wieczne migawki lub desperacka gonitwa za zgubioną salą, która może być za następnym rogiem, w ukrytym korytarzu, nikt nie wie, lub z drugiej strony, a z trzeciej też. Labirynt drewnianych korytarzy przemierzam krokiem możliwie szybkim i możliwie blisko ściany, próbując być w końcu tam gdzie powinnam, próbując być w końcu tym, czym powinnam. Każdy zakątek jest pełen ludzi i czuję się jak kot, nikt mnie nim nie czyni, ale czuję się nim, trochę zwinięta w kłębek i trochę łypiąca spod oka, bardziej badawczo niż wrogo, i nigdzie nie ma tej przestrzeni tak potrzebnej kotom, żadnego pustego dachu, i w końcu gubię się, zwijam na pierwszym wolnym metrze i wyłączam na chwilę, dopóki nie dotrze do mnie że przecież trzeba. Trzeba wyjść do ludzi. ESD. Uśmiech. Nie rób z siebie pieprzonego outsidera. I tak nim jesteś, trudno, ale nie muszą wiedzieć. Więc kiedy chwytam czyiś wzrok, uśmiecham się mniej lub bardziej szczerze. I zazdroszczę ludziom o miłych twarzach, do nich uśmiecham sie szczerzej. Miłe twarze są cenniejsze niż piękne.
Nie jest źle. Nie jest dobrze. Trwa oswajanie dzikich kotów.
A za muzykiem tęsknię. Tęsknię za tą wolnością, której nie spotkam nigdzie indziej, kochany stary muzyk, w którym nie dzieje się nic, w którym zdarza się wszystko. Zażywam go w zmniejszonych dawkach, przesiadując tam wieczorami trochę częściej, niż nakazywałyby obowiązki i na razie tylko tam czuję się u siebie. Jeszcze próbuję przekonać się, że nie żałuję. Ale ukryć nie mogę, że mi żal.

Pokłady optymizmu wprost z Okrętu Dobrej Myśli wam przesyłam. Dodajcie kroplę do jesiennej melancholii, coby nie stężała w zachmurzonych czołach.
Gdańsk Miastem Magicznym, zaiste, Maziak miał rację. W mojej głowie wirują wciąż jeszcze brukowane uliczki, zabytkowe kościoły, okna w pochyłym dachu Akademii (do których otwierania wzywana byłam regularnie, jako istota obdarzona słusznym wzrostem), wieczory w naszym pokoju pełnym ludzi, duże stężenie takich ludzi, których normalnie szukam ze świecą. I Długa, Długa oczywiście, pełna uśmiechniętych Japończyków, Długa kolorowa od straganów, mimów i kolegów po fachu, którzy przycupnąwszy w Zielonej Bramie wygrywali cuda na akordeonach. Pani Prof i Pan Prof. Wiecznie celne uwagi zapisywane w niebieskim zeszycie. Tak zapamiętam to miasto, i przypomnę je sobie, kiedy skończy mi się energia i chęć, czyli pewnie pod koniec października. Wtedy wyciągnę sobie Gdańsk, nakręcę i włączę, żeby jeszcze działał, żeby jeszcze promieniował tym optymizmem, który wam dzisiaj przesyłam, wciąż świeży.

Deszcz dziś pięściami bił o szybę, bił tak od rana, ale że robił to na swój wyjątkowy sposób, echo tych jego uderzeń jedynie zwielokrotniało mój sen. A jednak. A jednak wstałam.
Po szaleńczej wyprawie do Akso, gdzie zatopiwszy się w fotelach przy moim ulubionym stoliku chłonęliśmy z L. herbaciane opary, dobrnęłam do domu rozklekotaną trójką, po drodze wysłuchując wymiany zdań między panem kierowcą (jak ta stara dupa zaparkowała, no) i panią pasażerką (panie kierowco, niech pan nie obraża kobiet, kobiety rodzą mężczyzn)(niech pani nie dyskutuje jak pani pojęcia nie ma) (pani kochana, niech pani z nim nie gada bo nie warto) (i regulamin zabrania, ośmieliłam się wtrącić, w wyniku czego dyskusja zamarła. Wspominam o tym tylko dlatego, że owa scena poruszyła mnie – nie wierzyłam dotychczas w solidarność jajników).
Deszcz to dla mnie fenomen. Lubię go bardzo, jeśli tylko nie jest za kołnierzem mojej kurtki, jeśli tylko posiadam parasol (którego zwykle nie posiadam). Wprost ubóstwiam go, kiedy rozbija się o szybę, za którą chowam się i owijam kocem, za którą nic absolutnie nie chce mi się, i jeśli mam wtedy coś poważnego do zrobienia, to w ogóle nie daj Boże, akcja taka skazana jest na porażkę.
Tyle o pogodzie.
Z innych ogłoszeń drobnych: uciekam jutro pociągiem do magicznego miasta Gdańsk, które dotąd znam tylko z kolorowych opowieści Maziaka i jednej mizernej wycieczki. Jawi mi się piękne niczym. Och ach. Gdańsk, plus altówka, plus Boss z Maziakiem, plus zabarwiona już jesiennie, nostalgicznie, złota tęsknota. Czy ten myks jest dobry? Ufam. Trzymta się.

Przerwa w życiu właściwym robi mi dobrze. Nabieram sił przed kolejnym etapem, i jeszcze nie myślę o niczym niedobrym, jeszcze hedonizuję. W końcu o nic się nie martwię, niczego nie muszę, wszystkiego, czego powinnam, jestem pewna, jest mi dobrze jest, dobrze jest.

Biała Tower.
W końcu zapada, wyczekiwana pośród godzin słonecznej duszności i nieruchomego powietrza ciemność. Okno otwieramy szeroko. Wkrótce o abażur lampy, przy której pochylam się nad książką obijają czułki nocne motyle.
[to tytułem lirycznego wprowadzenia]
Mała:
Ueeeeh, co za ohydne ćmy. Wywalmy je za okno!
Boss (zamierza się na jeden okaz siedzący na jej przyłóżkowej ścianie)
Tapajou:(sennie)
Zostawcie je.
Mała i Boss: Że co?
Tapajou:(stanowczo)
Zaprawdę powiadam wam, nie ruszajcie motylków.
B: Motylków?
M:To są ohydne włochate ćmy!
T:
Zabraniam wam tak o nich mówić! Jestem księciem ciemności, a to są moje śliczne motylki.

***

Z powodu nienormalnych pustynnych temperatur do zachodu słońca siedzieliśmy w domu. Ponieważ coś robić trzeba, graliśmy w karty. Jako przeciwniczka hazadru nie przyłączyłam się do pokera na wykałaczki (niewiarygodne, ale otrzymanie/ utracenie kolejnej wykałaczki dostarcza wielkich emocji). Za to w makao graliśmy wszyscy, bez ograniczeń, na dwie talie,dorzucając coraz to nowe zasady.

(po wyjściu Daniela – chronicznie ogrywającego nas wszystkie).
Tapajou:
Ej, niech on raz przegra.
Ola:
Wyjmę króle.
T:
Daj mi tego do przodu. A najlepiej dwa.
O:
Sobie wezmę trójki.
K:
Myślicie że to wypali?
T:(z radością; podłożywszy szóstkę, siódemkę, dziewiątkę i dziesiątkę, każda w innym kolorze)
Kto wygra takimi kartami? Dajcie na wierzch do pobierania jakieś niebite, to mu wrzucę króle na początek.
K:
Tylko się nie śmiejcie, zepsujecie efetkt.

/Kilkanaście minut później Daniel, mimo kilku załamań i podupadnięć na duchu w trakcie gry wygrywa, po czym z rezygnacją gratulujemy mu i ogłaszamy go Bezapelacyjnym Mistrzem Gry. O sromotna klęsko…/

I codzienne zdarzenia w tym stylu.;)


  • RSS